„Odnaleźć siebie” – Jan Buczkowski

Przedstawiam Państwu fragment mojej opowieści autobiograficznej „Odnaleźć siebie”, napisanej w 2009 r.

W przeddzień wybuchu wojny, 31 sierpnia 1939 r., mój ojciec otrzymał powołanie do swej rodzimej jednostki wojskowej w Ławicy w Poznaniu, (wchodzącej w skład Armii „Poznań”, dowódcą której był generał Tadeusz Kutrzeba). Niestety, ojciec nie miał żadnej szansy zdążyć na wyznaczony termin. Wraz z tysiącami błąkających się po kraju żołnierzy bez przydziału, bez broni i w cywilnych ubraniach, został skierowany do tworzącej się nowej armii w centrum Polski. W pogoni za swym przydziałem znalazł się wreszcie za Bugiem w rejonie miasta Kobryń. Tam w końcu został wcielony do grupy operacyjnej „Polesie”, dowodzonej przez generała Kleeberga. Otrzymał mundur, ale brakowało butów i karabinów. Gotów był zatem do walki: wyposażony w cywilne półbuty i gołe pięści. Wtedy po raz pierwszy zetknął się z przeciwnikiem. Nie byli to jednak Niemcy, lecz Armia Czerwona. Rozsypanych na wielkim placu w jakimś podlaskim czy poleskim miasteczku polskich żołnierzy, z których co piąty miał karabin i po kilka naboi, zaatakowało lotnictwo. Większość tych wojaków, rezerwistów, nie posiadających elementarnej wiedzy na temat taktyki walki samolotów, ukryła się pod ścianami budynków. Tych wystrzelano niemal do nogi. Ojciec, który przecież dwadzieścia lat wcześniej służył w lotnictwie, krzyknął:
– Kryć się w rowie!
Za nim wskoczyło do rowu kilkudziesięciu żołnierzy. Wszyscy oni przeżyli pierwsze spotkanie z latającymi „wyzwolicielami” ze wschodu.
W słynnej, kilkudniowej bitwie z Niemcami pod Kockiem, na początku października, ojciec nie uczestniczył, ponieważ jego oddział nie mógł walczyć z przyczyn zasadniczych, nie miał czym. Stał jednak wśród żołnierzy, którym, po bitwie, odczytano ostatni rozkaz generała Kleeberga, kończący się słowami:
„…Przywilejem dowódcy jest brać odpowiedzialność na siebie. Dziś biorę ją w tej najcięższej chwili — każąc zaprzestać dalszej bezcelowej walki, by nie przelewać krwi żołnierskiej nadaremnie. Dziękuję Wam za Wasze męstwo i Waszą karność – wiem, że staniecie, gdy będzie trzeba. Jeszcze Polska nie zginęła. I nie zginie!”
Pierwszą rzeczą, którą ojciec zrobił była „zamiana” munduru na cywilne ubranie. Ojciec nigdy nie mówił jak tego dokonał.
Ponieważ noce stawały się chłodne, pozostawił na sobie wojskową podkoszulkę. W pewnym momencie dosiadł się do dwóch kobiet, nauczycielek, uciekinierek z Warszawy, które wracały do domu wozem zaprzężonym w dwa konie. Wcześniej ten wóz zakupiły. Oczywiście, ojciec przejął władzę nad ekwipażem, obejmując funkcję woźnicy. Po kilku dniach jazdy dotarli w okolice Mińska Mazowieckiego. Wyjeżdżając z drogi prowadzącej przez las, zobaczyli na otwartej przestrzeni zmierzające w ich kierunku czołgi niemieckie. Przerażone nauczycielki chciały zawrócić i ucieka do lasu, ale mój ojciec na to nie pozwolił. Wiedział, że ucieczka równała się śmierci. Na żądanie Niemców ojciec przedstawił im swoje dokumenty (książeczkę wojskową owiniętą w folię ukrył, już dawno, w jakimś lesie pod Łukowem). Nauczycielki również miały dokumenty i tak samo jak ojciec mówiły po niemiecku. Znajomość języka niemieckiego uratowała go od niewoli jenieckiej, gdyż mógł z łatwością łgać, uzasadniając przyczynę swojego pobytu w tym miejscu. Bał się jednak, że każą mu się rozebrać i wtedy odkryją tę nieszczęsną podkoszulkę.
Ojciec w połowie października dotarł do domu. Ku jego niesłychanemu zaskoczeniu moja matka, ze mną na ręku i z moimi siostrami wyszła po niego na rynek. Okazało się, że kilka dni wcześniej śniło jej się, w jakim dniu, o której godzinie i w jakim ubraniu ojciec przybędzie do Iłowa. Wszystko się zgadzało z wyjątkiem butów, gdyż ojciec przed dwoma dniami wyrzucił swoje stare, zupełnie zniszczone półbuty i zaopatrzył się w nowsze.

Wróćmy do pierwszego września 1939 r. Był to piękny, słoneczny, letni dzień. Wysoko na iłowskim niebie krążyły samoloty. Na ziemi była cisza i spokój. W drugiej połowie dnia pojawiły się, lecące w kierunku Warszawy, falami, nisko nad ziemią, samoloty bombowe. Wiadomo było, to jest wojna. Wiadomo też było, że sytuacja napastników jest beznadziejna. Mieliśmy niezawodnych sojuszników: Francję i Wielką Brytanię, którzy wypełniając zobowiązania wobec Polski, wypowiedzą wojnę Niemcom. My musimy wytrzymać dwa, trzy tygodnie. Sojusznicy wojnę wypowiedzieli. Iłowiaków (z wyjątkiem tych, którzy czuli się Niemcami) ogarnęła euforia. Jednak z frontu, który łamał się i przesuwał szybko w stronę Warszawy, docierały niepokojące wieści. Przewaga techniczna i liczebna wroga była miażdżąca.
Wreszcie, zupełnie niespodziewanie, w połowie września w centrum najstraszniejszych walk znalazł się Iłów. To właśnie tu, na przestrzeni od lewego brzegu Wisły w rejonie Wyszogrodu przez Iłów, Kiernozię po Łowicz, miał miejsce ostatni akt historycznej bitwy „nad Bzurą”. Tu zostały otoczone i rozbite dwie polskie armie „Poznań” i „Pomorze’, które wcześniej, w pierwszej fazie tej bitwy, odniosły (w rejonie od Łęczycy do Łowicza) wiele zwycięstw nawet nad wojskami zmotoryzowanymi i pancernymi.
Ostatecznie – w prawie pełnym składzie jednostek bojowych tylko oddziały polskiej kawalerii zdołały przebić się wzdłuż linii Wisły w kierunku Warszawy, pokonując wpław rzekę Bzurę. W rejon Puszczy Kampinoskiej przebiły się także rozproszone pododdziały piechoty, łącznie około 50 tysięcy polskich żołnierzy, do niewoli poszło około 100 tysięcy, w tym prawie połowa rannych. Poległo kilkanaście tysięcy.
Ta bitwa zatrzymała na kilka dni zwycięski pochód Niemców na Warszawę, umożliwiając lepsze przygotowanie obrony, co było niesłychanie ważne w obliczu spodziewanej ofensywy francusko – brytyjskiej na zachodzie. Straty niemieckie w bitwie nad Bzurą wyniosły około siedmiu tysięcy zabitych. Pod względem liczby wojsk polskich skoncentrowanych w jednym miejscu, uczestniczących jednocześnie w tej samej akcji bojowej, pod jednym dowództwem – bitwa nad Bzurą jest rekordem i przewyższa, według moich danych, nawet bitwę warszawską 1920 r.
Wróćmy na chwilę do domu moich rodziców w kulminacyjnym momencie walk o Iłów. Moja mama i wszyscy ci ludzie, którzy uciekli z Iłowa znajdującego się pod ostrzałem niemieckiej artylerii dalekiego zasięgu i zatrzymali się w domu moich rodziców, otrzymali polecenie od polskiego dowództwa, aby niezwłocznie opuścić dom. Było to wieczorem. Szeptano, że właśnie tu zostanie przeniesiona kwatera dowódcy armii „Poznań” skoncentrowanej w tym momencie w rejonie Iłowa, bo pałac w Załuskowie, w którym od kilku dni mieścił się sztab tej armii, musieli już na pewno namierzyć Niemcy. Mój ojciec szukał armii „Poznań”, a ona miała przyjść za chwilę do jego domu.
Legowisko na noc dla siebie i dzieci mama urządziła w stogu ze snopów żyta, ustawionym obok stodoły (w 1939 r. zbiory były najobfitsze w całym obserwowanym przez moich rodziców przedwojennym okresie – ten jedyny raz nie mieściły się w olbrzymiej stodole). Wczesnym rankiem mama została poproszona o asystowanie przy rozpaleniu wszystkich pieców istniejących w domu. Domyślała się, że chodzi o przygotowanie ich do spalenia jakichś dokumentów. Kiedy weszła do salonu wraz z oficerem, ten zwrócił się do jednego z siedzących przy stole mężczyzn:
– Panie generale, to jest pani Buczkowska właścicielka tego domu.
Wówczas generał odsunął leżącą na stole mapę, wstał pocałował moją mamę w rękę i szarmancko się przedstawił, wymieniając swój stopień, imię i nazwisko, co zupełnie zaskoczyło oficera, który wymamrotał:
– Panie generale, przecież jesteśmy na wojnie.
Generał i prawie wszyscy żołnierze opuścili dom. Gdy rozpalono piece, generał wrócił. Nakazano mamie, aby nikomu nie podawała nazwiska generała, bo tu chodzi o jej i jego życie. Dzięki temu ostrzeżeniu mama dobrze zapamiętała to nazwisko: Kutrzeba. Odtąd, aż do zmierzchu, mama znajdowała się pod ciągłym nadzorem jakiegoś oficera. Czy to mogła być mistyfikacja?
Na kolejną noc mama ukryła się z dziećmi w swoim legowisku w stogu.
Którąś z moich sióstr zbudził jakiś dziwny trzask. Po chwili mama wydostała się z dziećmi na zewnątrz. W tym momencie na stóg zwaliła się płonąca stodoła. W oka mgnieniu zamienił się on w gigantyczną, gorejącą pochodnię. Wszystkie zabudowania paliły się z wyjątkiem domu, na który właśnie spadła bomba, burząc częściowo jego wschodnią połowę. Na podwórku, ani nigdzie w pobliżu nie było widać żołnierzy, a tłum cywilów zaczął uciekać w kierunku sąsiedniej wsi, a z nimi mama z moimi siostrami i ze mną na ręku.
Mama co chwilę padała na ziemię, gdyż nisko latające samoloty niemieckie strzelały do biegnących ludzi, uciekających od fatalnego domu. To padanie i wstawanie bardzo mnie bawiło. Wśród wycia silników nadlatujących samolotów, wybuchów bomb i szczekania karabinów maszynowych, na tym polu grozy rozlegał się mój radosny i szczęśliwy, dziecięcy śmiech. W chwili, gdy mama padała po raz kolejny, trafił ją pocisk tuż nad moją głową. Nie była to groźna rana, lecz tylko draśnięcie. Mama mówiła potem, że gdyby padała o ułamek sekundy wolniej ten pocisk trafiłby w moją głowę.

 

 

 

Napisane przez: Jan Buczkowski

Jan Buczkowski

Dojrzałe życie poświęciłem przenikającym się mikroświatom techniki i zarządzania, lecz zawsze kochałem wszystko co piękne, co przemawia do wyobraźni i porywa duszę. W pisaniu wierszy znalazłem szansę sięgnięcia do bagażu doświadczeń, w celu podzielenia się z Państwem moimi radościami, smutkami i nadziejami.
O sobie:
„W dzieciństwie śpiewak, w młodości rozwojowy atleta,
W średnim wieku inżynier – menadżer, na starość poeta”.






Newsletter
Zapisz się do Newslettera:


 


Polecamy

Jan Kazimierz Siwek
więcej>>>


Jan Kazimierz Siwek
więcej>>>


Jan Kazimierz Siwek
więcej>>>


Polecamy

Ewa Stachniak
więcej>>>


Ewa Stachniak
więcej>>>


Mariusz Parlicki
więcej>>>


Aktualności Konsulatu RP Toronto

W dniach 15 - 18 listopada, Minister Edukacji Narodowej Anna Zalewska przebywała z wizytą w Kanadzie ...

Z dniem 18 listopada, Krzysztof Grzelczyk objął stanowisko Konsula Generalnego Rzeczypospolitej Pols ...

Bałtyk, Tatry, Wisła, Wawel, kujawiak, orzeł bielik, a może pierogi lub bigos? Pokaż za co najbardzi ...

Konsul Generalny Grzegorz Morawski, kończy swoją pięcioletnią misję dyplomatyczną w Toronto. Z tej o ...

Pierwsza Polka na Sorbonie, pierwsza kobieta nagrodzona nagrodą Nobla, pierwsza kobieta, która spocz ...

Kiedy po 123 latach niewoli, 11 listopada 1918 roku, Polska odzyskała niepodległość, na ulicach pols ...

18 i 19 listopada br zapraszamy na dyżur konsularny w Winnipeg. ...