W zimowej Turcji

To piąta nasza podróż do tego kraju, a pierwsza do przeżywającej ciągle widoczny kryzys turystyczny po zamachach w Ankarze i Stambule, zmagającej się z exodusem uchodźców z ogarniętej wojną Syrii – Turcji Erdogana.

Zaledwie cztery miesiące temu z nieukrywanym zdziwieniem słuchałem relacji znajomych o wypoczynkowym wyjeździe ich syna na śródziemnomorskie wybrzeże. Pomyślałem wówczas: oni, choć Polacy, żyją w Niemczech, mierzą niedawne tragiczne wydarzenia inną miarą. My je oceniamy – rzec można – globalnie, odnosząc ich znaczenie do terenu całego kraju, co sprawia, iż zachowujemy się zdecydowanie ostrożniej. Ale kiedy wypowiedź innych znajomych – małżeństwa ze sporym bagażem podróżniczych doświadczeń – uświadomiła mi, że warto jechać, a oni właśnie wrócili i są zadowoleni, decyzja była szybka: jedziemy. Tym bardziej, iż chyba po raz pierwszy jedno z polskich biur podróży oferuje wyjazdy w okresie zimowym i to w cenach – jak się wydaje – atrakcyjnych.

Turecka Riwiera, której nazwa – zupełnie zresztą niesłusznie – wzięła się zapewne od popularnej przed laty, niezwykle eleganckiej, a obecnie przyprószonej u nas kurzem zapomnienia, Riwiery Francuskiej, w ciągu kilkunastu lat zmieniła się radykalnie. W pierwszej linii wybrzeża wyrosły pięciogwiazdkowe hotele – molochy, jeden obok drugiego, o kształtach bardzo wymyślnych (jest nawet „Concorde”, do złudzenia przypominający część dziobową dawnej konstrukcji naddźwiękowego samolotu francuskiego), przyciągające wzrok detalami architektonicznymi, ale z dużymi przestrzeniami (głównie są to piękne ogrody), na których znalazły się baseny, alejki, bary i tereny sportowe, nie wspominając o naprawdę szerokich piaszczystych plażach. Wszystko z myślą o turystach z różnych zakątków świata, a w ostatnich latach głównie z Rosji i krajów dawnego ZSRR.

Islamska Turcja zaskakuje. W połowie grudnia w hotelowym lobby staje kilkumetrowej wysokości (sztuczna oczywiście) choinka. Na ścianach liczne stroiki z bombkami, pod sufitem podwieszone białe śnieżynki. Wszystko, by przypomnieć nadchodzące święta Bożego Narodzenia. A przecież to społeczeństwo w 96 procentach islamskie, sunnickie (choć – jak można przeczytać – spora w tej grupie ilość niewierzących). Choinka nie wzbudza sensacji wśród wielu gości narodowości tureckiej, zaś moją uwagę przyciąga grupka pań w różnym wieku, robiących sobie pamiątkowe zdjęcie pod drzewkiem, w strojach często tu spotykanych, czyli w chustach dokładnie zakrywających włosy i płaszczach (bądź ciężkich sukniach – jak kto woli) po samą ziemię. Podobne symbole świąt – w postaci znacznie wyższej choinki – znajduję na głównej ulicy Kundu, w pobliżu jednego z hoteli, a obok powiewającą na maszcie flagę turecką.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ciągnąca się kilometrami ulica zaskakuje swoją monotonnością: po jednej stronie hotele, po drugiej zaś niekończący się rząd budynków przypominających nasze galerie z wystawami pełnymi „markowych” ciuchów, „perfumami” najbardziej znanych firm, rozlicznymi pamiątkami czy miejscowymi przyprawami prezentowanymi w najbardziej wyrafinowany sposób. A za jednym z takich budynków meczet, z którego pięć razy w ciągu dnia muezin oznajmia okolicznym mieszkańcom donośnym (bo wzmacnianym elektronicznie) głosem, że czas na modlitwę. I nikomu nie przeszkadza, że w piątek, czyli w najważniejszym dla mahometan dniu tygodnia, wszystkie sklepy są otwarte od rana do późnej nocy; ale nikomu też nie przeszkadza, że muezin prezentuje głośno swoje wokalne możliwości o siódmej rano (latem wcześniej), kiedy jeszcze na zewnątrz panują ciemności.

Wielkie bazary z licznymi sklepikami, w których można kupić dosłownie wszystko, o tej porze roku zieją pustką. Turyści, owszem, są, ale w ilości niewielkiej (co zresztą widać po nieczynnych hotelach). Znudzeni sprzedawcy, głównie mężczyźni, spontanicznie reagują na widok przechodzących gości. Są umiarkowanie natrętni i w imię swoich handlowych interesów skorzy do zawarcia chwilowych znajomości z potencjalnym klientem. Pytają o kraj pochodzenia, chętnie popisują się znajomością kilku słów w języku napotkanej osoby, a następnie zachęcają, by obejrzeć dostępny tu towar. Kiedy trafia się do Turcji po raz kolejny, zauważyć można, iż poziom natręctwa sprzedających zależny jest od miejsca, w którym się znaleźliśmy. Im dalej na wschód, tym jest on coraz wyższy. Pamiętam pobyt w Alanyi przed kilkunastu laty. Ciągłe zaproszenia do odwiedzania kolejnych sklepów przez natarczywych sprzedawców stawały się po pewnym czasie męczące, a powtarzające się (na dźwięk naszego języka) pytania, czy jesteśmy Rosjanami, doprowadzały mnie do stanu irytacji.

W Lara na przedmieściach Antalyi także natrafiliśmy na oferującego przechodzącym turystom miejscowe przyprawy natrętnego sprzedawcę. Tenże nie dopuszczał możliwości naszego odejścia z pustymi rękoma. Poczęstowany eukaliptusową herbatą, która – jak mnie zapewniał – ma zbawienny wpływ na drogi oddechowe, zostałbym za moment osaczony i pozbawiony jakiejś sumy w dolarach lub euro, gdybym nie dokonał zwyczajnej rejterady, co ze zrozumieniem ze strony Turka spotkać się nie mogło.

Przejazd środkami komunikacji miejskiej to dla turysty spore wyzwanie. O ile nie ma kłopotu ze znalezieniem przystanku autobusowego, o tyle informacji, dokąd z niego można pojechać, jaką linią i o której godzinie, próżno by szukać. Zatem, by dotrzeć np. do centrum Antalyi, trzeba się „wyposażyć” w określoną wiedzę. Szczęśliwie po trzech minutach oczekiwania mogliśmy wsiąść do autobusu oznaczonego tajemniczym kryptonimem LC 07, zakupić elektroniczne karty uprawniające do przejazdu i po niemal godzinnej podróży na dany przez kierowcę znak, iż dotarliśmy do Old Town, wysiąść.

I tu zrodził się dylemat, i pytanie o przystanek, z którego będziemy mogli powrócić do naszego hotelu. Po raz kolejny jednak teza, iż życie i przyroda nie znają pojęcia próżni, potwierdziła się w całości: jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyrósł przed nami „miejscowy”, dobrze mówiący po niemiecku, gotów nam chwilę swego cennego czasu poświęcić. Już po wymianie kilku zdań byliśmy upewnieni, iż on i tylko on może nam wskazać odległe o dwie minuty spacerkiem miejsce powrotu, a do tego skierować w stronę Starego Miasta, mariny i największego bazaru. Finał niespodziewanej znajomości był łatwy do przewidzenia: „miejscowy” oczekiwał solidnej – jak na tych kilka minut – gratyfikacji i taką też otrzymał. Nie po to istnieje bakszysz, by miał odejść z pustymi rękoma.

Uzbrojeni w wiedzę przekazaną przez mieszkańca Antalyi mogliśmy swobodnie oddać się przyjemności podziwiania bazarowych ofert i wędrówce w stronę mariny ciasnymi uliczkami starówki. Nad nimi góruje Żłobiony Minaret (zwany też Yivli), który ma 38 metrów wysokości, a w przeszłości był częścią meczetu: dzisiaj stanowi główny punkt orientacyjny miasta. Temperatura w południe przekracza 20 stopni, turystów niewielu. Włóczymy się uliczkami starówki z niezliczoną ilością kramików, kramów, kafejek i uroczych zaułków, wśród stoisk z miejscowym rękodzielnictwem, tkanymi przez rzemieślników dywanami i mini-sklepikami z odzieżą. Zaglądamy na niewielkie podwórka, podziwiając ich wystrój. Niestety, znaczna część Starego Miasta jest – wydaje się – nie do odratowania. Zarówno dachy, jak i ściany, w znacznej części drewniane, to po prostu ruina. Te budynki, które miały więcej szczęścia i zostały przez właścicieli odrestaurowane, to prawdziwe perełki.

Z tej perspektywy Turcja jawi się nam jako kraj zupełnie normalny i bezpieczny. Ale przyjechaliśmy tu ze świadomością problemów, z jakimi się boryka – z jednej strony wspomnianych już zamachów terrorystycznych fanatyków z tzw. państwa islamskiego, drugiej zaś rządów Erdogana, bezwzględnie dążącego do rozprawienia się – wszelkimi metodami – z rzekomymi i rzeczywistymi przeciwnikami politycznymi, wtrącaniem ich do więzień w ilościach szacowanych na dziesiątki tysięcy, eliminowaniem z życia publicznego (i pozbawianiem środków do życia) nieprzyjaznej mu części inteligencji (urzędników, sędziów, wyższych stopniem wojskowych, nauczycieli, pracowników naukowych i wielu innych zawodów). Na zewnątrz, rzecz jasna, tego nie widać, ale w mojej świadomości kołacze się myśl, iż społeczeństwo tureckie – podobnie zresztą jak polskie – przeżywa trudne chwile, a teraźniejszość i przyszłość fundamentalnych warstw społeczeństwa zależna jest od decyzji jednego człowieka, dla którego pretekstem do radykalnych działań stał się nieudany zamach stanu zainicjowany rzekomo przez śmiertelnego wroga ukrywającego się w Stanach Zjednoczonych. Nie ulega wątpliwości, iż wszystkie niedawne wydarzenia oddalają Turcję od możliwości szybkiego wejścia do Unii Europejskiej.

Tu w Antalyi, a dokładniej w Kundu, małym miasteczku, które stało się przedmieściem dużego sąsiada, nie widać zupełnie problemów z uchodźcami, bo ta kwestia znajduje swoje apogeum na innym zupełnie szlaku. Ale największe nieszczęścia tego świata są – chciałoby się powiedzieć – na wyciągnięcie ręki: do syryjskiego Aleppo stąd ledwie 580 kilometrów (by sobie uświadomić, jak niedaleko, wystarczy przypomnieć, że ze Szczecina do Przemyśla jest niemal 700 km). Wschód Turcji, czyli granica z Syrią, to początek exodusu tych, którzy doświadczyli, co oznaczać może państwo islamskie i co oznacza słowo piekło.

Tego samego dnia przybyła tu mniej więcej setka Polaków. Rozrzuceni po piętrach jednego z dwóch czynnych budynków wcale nie tworzą największej grupy narodowościowej. Zdecydowanie przodują miejscowi, których rozpoznać można i po języku, i po ubiorze, jak również wspomnianych tradycyjnych damskich chustach, zakrywających kobiece głowy. Wszak to początek muzułmańskiego świata… Ale wiele tu pań, szczególnie młodych, prezentujących najnowsze trendy europejskiej mody i podkreślających swą urodę mocnym makijażem. Ta różnorodność w strojach i stylu życia widoczna jest na każdym kroku – przynajmniej tu, w rejonie Antalyi.

W hotelu senny spokój. Życie toczy się powoli, a jego rytm wyznaczany kolejnym posiłkiem, spacerem po nieodległych bazarach czy spotkaniem przy kawie, ale także pobytem na plaży (obserwujemy nielicznych, którzy zażywają kąpieli; temperatura wody bliska 18 stopniom). W listopadzie czy grudniu tygodniowy pobyt jest naprawdę tani – kosztuje zaledwie trzecią część ceny z pełni sezonu. Starsi, wyzwoleni już z codziennych obowiązków zawodowych, Polacy mogą więc skorzystać z okazji i cieszyć się słońcem, którego o tej porze roku w kraju brakuje i które sprawia, iż temperatura w ciągu dnia przekracza niekiedy 20 stopni, a słońce zachodzi po 10 godzinach.

Z turystyki żyją w tym kraju setki tysięcy rodzin w miastach, miasteczkach i niewielkich skupiskach ludzkich na wybrzeżu Morza Śródziemnego od Alanyi na wschodzie po Canakkale (Morze Egejskie) i Stambuł (Morze Marmara) na północnym zachodzie. Pracownicy hotelu stają na wysokości zadania i prześcigają w przygotowywaniu atrakcji, byle tylko zachęcić mieszkańców środkowej i zachodniej Europy do przejazdu na tydzień, a może dłużej. Ich wyliczanie zajęłoby sporo czasu i miejsca, wymieńmy zatem niektóre: trzy restauracje tematyczne (turecka, włoska i mongolska), własna cukiernia z mnóstwem ciast ciężkich od słodkiego syropu, tradycyjna turecka łaźnia, a nawet obszerne pomieszczenie z regałami i książkami w różnych językach, gdzie w ciszy i przy dobrej kawie można oddać się przyjemności czytania. Dodajmy do tego tradycyjną turecką kuchnię, z baraniną, wołowiną, kurzym mięsem (ale bez wieprzowiny), olbrzymią ilością warzyw i owoców, wszechobecną, mocną herbatą i ayranem – rozwodnionym jogurtem, często podawanym z odrobiną soli i pieprzu.

Wróćmy więc do największej wątpliwości, jaka wiąże się z Turcją: jechać czy nie jechać? (Jeszcze w trakcie pobytu w Turcji otrzymałem od jednego z kolegów e-maila z wyraźnie postawioną tezą: jesteście odważni). Nie będzie na to pytanie prostej i jednoznacznej odpowiedzi. Decyzja należy wyłącznie do nas. Ostrożność i troska o własne bezpieczeństwo jest sprawą oczywistą, ale powiedzmy sobie otwarcie: nieszczęśliwy przypadek może mieć miejsce zawsze, w każdej części świata i niekoniecznie musi być związany z działalnością terrorystyczną.

Zimowa Turcja przypomina bardziej naszą wiosnę z ciepłymi promykami słońca w porze obiadu i do późnego popołudnia. Troszkę popadało. Przeważały jednak dni pogodne z jednym wyjątkowo ciepłym, bo słupek w termometrze pokazywał 23 stopnie w cieniu. Nocą temperatura spada do 8-10 stopni i chłód jest wyraźnie odczuwalny, ale w żadnym razie nie trzeba się obawiać tak niskich temperatur, z jakimi mamy do czynienia w kraju. Turecki klimat jest też sposobem na uniknięcie kontaktu z polską zimą, a przynajmniej jej częścią. Spotkaliśmy osoby, które po spędzeniu dwóch tygodni w naszym hotelu przenosiły się do kolejnego, oddalonego o kilkaset metrów.

 

Bolesław Otręba

 

Materiał nadesłany do Redakcji. Dziękujemy.

 

 

 

 

Napisane przez: Redakcja

Redakcja

Przeglad.ca
WIADOMOŚCI – CIEKAWOSTKI – KULTURA





Newsletter
Zapisz się do Newslettera:


 


Polecamy

Izabela Jagosz


Beata Marciniak


Izabela Jagosz


Beata Marciniak


Ewa Stachniak
więcej>>>


Beata Marciniak


Ewa Stachniak
więcej>>>


Aktualności Konsulatu RP Toronto

W rocznicę 100-lecia Odzyskania przez Polskę Niepodległości Celebrity Symphony Orchestra, Dr Andrzej ...

Zbliża się 75 rocznica Rzezi Wołyńskiej. Z tej okazji w Niedzielę, 15 lipca 2018r., o godzinie 11 w ...

Premierzy Rzeczypospolitej Polskiej i Państwa Izrael przyjęli wspólną deklarację. ...

Ponad 800 uczniów polskich szkół w Kanadzie, obejrzało film Instytutu Pamięci Narodowej „Niezwycięże ...

Uprzejmie informujemy, że w poniedziałek 2 lipca 2018 r. (Canada Day) konsulat będzie nieczynny. ...

Polska i Kanada stoją ramię w ramię! Oficerowie z Canadian Armed Forces College świętowali w Konsula ...

101 lat legendarnego obozu szkoleniowego Camp Kosciuszko w Niagara On-the-Lake. Tegoroczna Pielgrzym ...