Skromny Człowiek Wielki Żeglarz

„…Kiedy czegoś gorąco pragniesz, cały świat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu…”

Paulo Coelho „Alchemik”

Wojciech Jacobson na jachtach i żaglowcach przepłynął ponad 260 tysięcy mil morskich. Żeglował po wszystkich oceanach świata przybijając, poza Antarktydą, do wybrzeży wszystkich kontynentów. Ma imponującą wiedzę nie tylko żeglarską, popartą ogromnym doświadczeniem i bardzo bogate domowe archiwum. Nie ma przesady w twierdzeniu, że jest chodzącą kroniką wydarzeń żeglarskich i encyklopedią wiedzy żeglarskiej. Jest niezwykle skromnym człowiekiem, ale bardzo życzliwym i chętnym do pomocy. Znany jest z benedyktyńskiej skrupulatności i ujmującego sposobu bycia. Ma za sobą kilka ciekawych wypraw żeglarskich. Przez jedenaście lat współpracował z Kanadyjską Szkołą pod Żaglami. Pływał z młodzieżą najpierw na „Pogorii” a potem przez prawie osiem lat na kanadyjskim żaglowcu „Concordia”. To właśnie od kanadyjskich studentów otrzymał medal Derek Zavitz Memorial Award. Przyznają go osobom, których postawa jest godna naśladowania.

 

Jest laureatem wielu nagród, m.in. Super Kolosa, nagrody Conrady, dwukrotnie otrzymał Srebrny Sekstant. Jest Honorowym Ambasadorem Szczecina.

W marcu, 2017 roku na pierwszej gali Międzynarodowych Nagród Żeglarskich Szczecina, która odbyła się w Starej Rzeźni, odebrał nagrodę im. Ludomira Mączki. Wzruszony powiedział: „Moje sukcesy żeglarskie sięgają dawnych lat i były one związane z osobą Ludomira Mączki, gdyż wiele rejsów odbyliśmy wspólnie. Ta nagroda niejako przypłynęła do mnie od Ludomira…”

Wojciecha Jacobsona poznałam lata temu. Robiłam wywiad z legendarnym żeglarzem Ludomirem Mączką. Potrzebne były pewne daty, uściślenia etapów rejsów. „Zadzwoń do Wojtka – poradził Ludek. – On zbudzony nawet o północy powie ci wszystko o „Marii” i moich wyprawach. Ja sam jak czegoś nie wiem, to nie kombinuję, dzwonię do Wojtka.”

Zadzwoniłam i błyskawicznie otrzymałam odpowiedź na moje pytania. Trzy lata temu nieoceniona okazała się pomoc Wojciecha Jacobsona, gdy pracowałam nad książką „ŻEGLARZE”.

O sobie mówi, że jest człowiekiem szczęśliwym, bo spełniły się jego skryte marzenia z młodości. Spełniły się, mimo, że wydawały się nieosiągalne.

Miał dwanaście lat, gdy przeczytał książkę „Z setką złotych naokoło świata”. To historia dwóch młodzieńców, Polaków, którzy wyruszyli w świat. A nie mając pieniędzy podejmowali się różnych prac w różnych krajach. Ich wyprawa trwała cztery lata, okrążyli glob, wrócili do kraju i opisali swoje przygody.

– Bardzo mi się podobał ich pomysł na takie oglądanie świata – przyznaje Wojciech Jacobson. – Marzyłem o takiej wyprawie, ale wtedy nawet samo marzenie było czymś abstrakcyjnym. Był rok 1941, trwała wojna… Jednak po latach, właśnie dzięki żeglarstwu marzenie się spełniło. Zobaczyłem kawał świata. Niemożliwe stało się możliwe.

Po wojennych przejściach( ojciec uciekł z niemieckiej niewoli, mamę uratowano z obozu) rodzice i dwaj starsi bracia znaleźli się w Anglii. Nie chcieli wracać do Polski. On zobaczył się z nimi dopiero po kilkunastu latach. W 1957 roku popłynął z Gdyni do Londynu angielskim statkiem. W następnym roku zatrzymał się u rodziców na kilkanaście miesięcy, potem ich odwiedzał. Oni nie chcieli wracać, on nie chciał w Anglii zostać. Ale pobyty zaowocowały znakomicie opanowanym językiem angielskim, co bardzo się przydało w późniejszych latach.

Wracajmy jednak do żeglarstwa. Jego początki to rejsy po Wiśle w Toruniu. Już jako kilkulatek pływał z rodzicami żeglarzami po rzece na żaglówce „Utopia”. Prawdziwe żeglarstwo zaczął uprawiać w Szczecinie. Studiował chemię i koledzy studenci namówili go na żeglowanie w Jacht Klubie AZS. W nim i na obozach w Trzebieży zdobywał kolejne żeglarskie szlify. W 1965 roku otrzymał patent jachtowego kapitana morskiego. Pasjonowały go regaty. Najpierw z dobrymi wynikami ścigał się na jeziorze Dąbie.

– Nazywaliśmy jest Morzem Dąbskim – mówi. – W latach pięćdziesiątych każde wyjście z jeziora na Zalew Szczeciński wymagało zgody i odprawy granicznej. Takie były czasy.

Po morzu zaczął pływać w latach 60. W tamtej i kolejnych dekadach czywiście brał udział w morskich regatach zajmując czołowe pozycje. M.in. ma na koncie pierwsze miejsce w Ostseewoche, pierwsze w klasie HTC w bałtyckich Regatach Samotnych Żeglarzy o Puchar Poloneza.

W 1949 roku, na obozie Żeglarskim w Trzebieży poznał Ludomira Mączkę, który przyjechał z Wrocławia. Zaprzyjaźnili się i w późniejszych latach odbyli razem kilka ciekawych rejsów.

– Ludek, już wtedy zwany Ludojadem bardzo nam imponował – wspomina Jacobson. – Chodził w wojskowych bluzach i znał się na broni. Kiedy w kilka lat później przyjechał do Szczecina, zamieszkał u mnie na sublokatorce. W torbie i plecaku miał same książki i trochę ubrań. Zawsze dużo czytał…

Ludek zanim rozpoczął żeglarską wędrówkę po świecie był geologiem. Kilka lat pracował na kontraktach w Mongolii i Afryce. Do Wojtka przysyłał piękne listy i czarno-białe zdjęcia. Dziś można by powiedzieć, że był to taki współczesny podróżniczy blog. Po latach Jacobson wykorzystał listy i fotografie w ciekawej książce – albumie, którą napisał razem z innym znakomitym żeglarzem Maciejem Krzeptowskim. Książka nosi tytuł „Mam na imię Ludomir”.

Był rok 1973, gdy Ludek Mączka zaproponował Jacobsonowi wspólny wokółziemski rejs na jego jachcie „Maria”. W założeniach miał trwać trzy lata. Bez pośpiechu, za to z radością wynikającą z samego żeglowania, poznawania nowych miejsc, nowych ludzi. Ludek nie znosił bicia żeglarskich rekordów, ścigania się, nie lubił też samotnej żeglugi.

– Propozycja była nęcąca, ale nie na trzy lata. Miałem rodzinę, żonę Ewę, dwunastoletnią córkę Magdę, pracowałem na Politechnice Szczecińskiej – opowiada Jacobson. – Ale udało mi się otrzymać prawie roczny bezpłatny urlop. Był to mój pierwszy oceaniczny rejs, a miałem już 43 lata. Wydawać by się mogło, że byłem stary, ale czułem się jak nastolatek. Mogę powiedzieć, że to Ludek otworzył mi drogę na oceany. Wypłynęliśmy w trójkę: Ludek; Jurek Mańkowski, były właściciel „Marii” i ja. Mańkowski wysiadł w Casablance, a na Wyspach Kanaryjskich dosiadł się Andrzej Marczak, późniejszy dowódca dużych żaglowców. I popłynęliśmy przez Atlantyk na Karaiby, potem przez Kanał Panamski na Pacyfik i dotarliśmy do Peru. Była to ciekawa żegluga, fantastyczna przygoda. Żal było wracać.

Po powrocie wrócił do żeglarstwa regatowego, a o wspólnym rejsie z Ludkiem napisał książkę „Marią” do Peru”. Śledził dalszą wyprawę Mączki, stał się niejako jej kronikarzem. Ten wokółziemski rejs Ludka trwał w sumie nie trzy a jedenaście lat.

W drugiej połowie lat 70. Jacobson pomagał przygotować „Poloneza” na Operację Żagiel `76. Znalazł się w załodze jachtu w rejsie do USA. Kapitanem był Krzysztof Baranowski.

– Krzysztof żeglował potem z rodziną, a ja wróciłem do kraju na pokładzie „Daru Pomorza”. To było wielkie przeżycie. Z jednej strony legendarny żaglowiec, a z drugiej świadomość, że to jego jeden z wielkich ostatnich rejsów. Wkrótce zastąpił go następca, zbudowany w Gdańsku „Dar Młodzieży”. Nie chciałem być pasażerem a załogantem. Zgodzono się. Między innymi prowadziłem wykłady z meteorologii i pierwszy raz w życiu wchodziłem na reje. Bez pasów, za to ze strachem, a potem satysfakcją, że dałem radę. A przecież młodzieńcem już nie byłem.

W 1982 roku uczestniczył w Operacji Żagiel na żaglowcu „Pogoria”. A w rok później Ludek zaproponował mu kontynuowanie rejsu na „Marii”. Znowu wziął bezpłatny urlop i spotkali się w Montevideo, gdzie Jacobson doleciał samolotem razem z podmianą załóg na trawlery „Gryfa”. Wiózł na „Marię” dziesięć worków z prowiantem. Większość to były puszki ze słynnym „Paprykarzem szczecińskim”. Żeglowali wzdłuż wybrzeży Ameryki Południowej do Gujany Francuskiej. Zawijali do portów, rzeką Comte wpłynęli w głąb dżungli do wioski Hmongów. Gdy tak sobie pływali dotarła do nich wiadomość, a właściwie propozycja nie do odrzucenia od Janusza Kurbiela. Ten mieszkający we Francji polski żeglarz chciał, aby razem z nim uczestniczyli w wyprawie na koniec świata. Na jego jachcie „Vagabond II” mieli pokonać Przejście Północno – Zachodnie, trasę z Pacyfiku na Atlantyk wzdłuż północnych wybrzeży Ameryki Północnej. Trasę w mrozach i lodach. Zgodzili się.

Popłynęli „Marią” do Francji i tam przesiedli się na „Vagabond II”. Kurbiel zrobił Jacobsonowi niespodziankę. Zaprosił do Francji jego córkę Magdę. Razem przez Atlantyk, Kanał Panamski popłynęli do Vancouver. Tam Magda wysiadła, wróciła do Polski, a Jacobson, Mączka i małżeństwo Kurbielów popłynęli w kierunku Arktyki. Kurbielowie też wysiedli i dwaj żeglarze rozpoczęli przebijanie się przez podbiegunowe wody. Sezon nawigacyjny na Arktyce jest króciutki, trwa zaledwie miesiąc, wtedy lody trochę ustępują. Ale nie udało im się za pierwszym razem sforsować przejścia. Próbowali i wracali na zimowiska. Zatrzymywali się w wioskach Inuitów. Na zimę wyciągali jacht z wody, zabezpieczali i wracali do kraju, by w następnym sezonie letnim próbować ponownie. Tak było przez trzy kolejne sezony, lód stanowił skuteczną blokadę. Dopiero w czwartym sezonie, a był to już rok 1988, udało im się dotrzeć do wąskiej Cieśniny Bellota słynnej z silnych prądów i podwodnych skał. Byli pierwszymi Polakami, którzy przeszli przez North West Passage. W eskimoskich wioskach i na Arktyce spędzili 11 miesięcy. W sumie cała wyprawa jachtem „Vagabond II” trwała cztery lata. Potem jesienny Atlantyk też dał im nieźle w kość. Dopadł ich niezwykle silny sztorm, mieli trzy niebezpieczne wywrotki, utracili wiele urządzeń nawigacyjnych. W końcu szczęśliwe dopłynęli do Berestu we Francji.

I tu warto przytoczyć historyjkę. W 1987 roku w jednej z eskimoskich wiosek trafił do nich tamtejszy chłopak zainteresowany polską flagą wiszącą pod salingiem. Dostał na pamiątkę kartkę z autografami. Minęło 19 lat. Jest rok 2006. W tej samej wiosce zatrzymał się jacht „Stary”. Do załogi podszedł dojrzały już mężczyzna i pokazał tamtą kartkę z autografami. Zapytał czy znają te osoby na niej podpisane.

W Polsce tę północną wyprawę uznano za Rejs Roku 1988. A jej uczestników: Jacobsona, Kurbiela i Mączkę uhonorowano Srebrnymi Sekstantami.

Jacobson przyznaje, że był to najtrudniejszy rejs w jego życiu. Ale wynagrodziły mu to późniejsze ciekawe i malownicze rejsy na „Pogorii” i „Concordii”. Na tych żaglowcach był oficerem i pływał z kanadyjską młodzieżą w ramach Kanadyjskiej Szkoły pod Żaglami zwanej tam Class Afloat. Ta jedenastoletnia przygoda zaczęła się od telefonu kpt. Andrzeja Marczaka. Na „Pogorii”, która stała w Singapurze potrzebny był oficer z doświadczeniem żeglarskim i dobrą znajomością angielskiego. Pojechał. A potem płynęli do Gdyni przez Malezję, Malediwy, Morze Czerwone, Kanał Sueski, Morze Śródziemne z portami w Grecji, Włoszech, Francji, Hiszpanii. W 1993 roku zaproponowano mu rejsy na „Concordii”

(Dla przypomnienia: żaglowiec „Concordia” został zbudowany dla Kanadyjczyków w Szczecinie, w 1992 roku. W roku 2007 odwiedził miasto w czasie finału regat The Tall Ships Races. W lutym, 2010 roku zatonął na Atlantyku, trzysta mil od wybrzeży Brazylii. Uratowano wszystkich 64 uczestników rejsu.)

– To były rzeczywiście bardzo piękne rejsy – przyznaje Jacobson. – Zawiodły nas do najciekawszych zakątków świata. Ciągle mam w pamięci rejsy po Pacyfiku, rejs dookoła Afryki, czy rejs przez Atlantyk do Toronto przez rzekę św. Wawrzyńca, rejs na Antyle i do Wenezueli. Żeglowaliśmy i często zatrzymywaliśmy się w miejscach egzotycznych, rzadko odwiedzanych. Między innymi byłem na wyspach St. Paul i Chagos na Oceanie Indyjskim, na wyspach Pitcairn, Palmyra, Galapagos i aż cztery razy na Wyspie Wielkanocnej. Nawet mam tam zaprzyjaźnionego przewodnika, który opowiada o mnie polskim turystom.

Myślę, że wspomnienia o tych wyspach to temat na oddzielną opowieść.

Wojtka Jacobsona bardzo polubili uczestnicy rejsów na żaglowcu „Concordia”. Bardzo im imponował wiedzą nie tylko żeglarską, sposobem bycia. W 2001 roku zrobili mu wielką niespodziankę. Zaprosili na żaglowiec jako specjalnego gościa, na rejs wokół przylądka Horn. Studenci i nauczyciele złożyli się na bilet lotniczy. Jacobson doleciał na Wyspę Wielkanocną. Wsiadł na żaglowiec i popłynęli w kierunku Hornu. Mijali go przy bardzo dobrej pogodzie i świetnej widoczności (co niezwykłe). Ale zaraz potem rozszalał się sztorm (co normalne w tamtym regionie). Wojciech Jacobson w porcie Ushuaia opuścił żaglowiec i wrócił do kraju. W dowód uznania za wieloletnią współpracę otrzymał od studentów, uczestników rejsu tytuł Honorowego Pierwszego Oficera „Concordii”.

Do czasopisma absolwentów Szkoły pod Żaglami „Alumni Newsletter” napisał na ich prośbę historyjkę o sobie. Jej główne przesłanie brzmiało: „Nie obawiaj się marzyć”.

 

Krystyna Pohl

Fot: Archiwum Wojciecha Jacobsona

 

 

 

Napisane przez: Redakcja

Redakcja

Przeglad.ca
WIADOMOŚCI – CIEKAWOSTKI – KULTURA




Newsletter
Zapisz się do Newslettera:


 


Polecamy

Izabela Jagosz


Beata Marciniak


Izabela Jagosz


Beata Marciniak


Ewa Stachniak
więcej>>>


Beata Marciniak


Ewa Stachniak
więcej>>>


Aktualności Konsulatu RP Toronto

RSS Error: A feed could not be found at http://toronto.msz.gov.pl/pl/rss/kgrptorontoaktualnosci.xml. A feed with an invalid mime type may fall victim to this error, or SimplePie was unable to auto-discover it.. Use force_feed() if you are certain this URL is a real feed.